poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział drugi cz.2.

Następnie wchodzi Maria. Znam ją. Sprzedaje na ćwieku. Nie wiem co. Wiem tyle, że bardzo rzadko do niej chodzę, i że to matka Andrew'a. Co ona tu robi? Siada na kanapie na przeciwko mnie i próbuje zacząć rozmowę.
-Słuchaj... Ja wiem, że on chce to wygrać, ale musisz Go powstrzymać.
-Cze... - zaczęłam, ale Maria nawet nie pozwoliła mi dokończyć.
-Nie musisz wiedzieć. 
Siedziałyśmy i milczałyśmy. Ciszę przerwała matka Andrew'a.
-Przepraszam. To było niekulturalne z mojej strony. Jeśli przyjdzie co do czego-nawet go zabij. To może wydaje ci się dziwne - Może? Ona chyba żartuje! Chce uśmiercić swoje jedyne dziecko! Chora baba. - ale... 
I w tym momencie Strażnicy Pokoju przerwali naszą rozmowę wchodząc i oznajmiają, że nasz czas się skończył.
Już chyba nigdy nie dowiem się co miało nastąpić po tym jej "ale". Po dłuższym czasie oczekiwania nikt nie przychodzi, więc udajemy się-Ja, Andrew i Polly Pox- na peron, gdzie pociąg już na nas czekał. Weszliśmy do niego i od razu skierowaliśmy się w stronę wagonu restauracyjnego. Maszyna ruszyła. Usiedliśmy, a Pox zaczęła gadać. W sumie, to można było nazwać piskiem. Tak.  Zaczęła piszczeć. 
-Och, to na prawdę cudowne! - Cudowne co? Nasza śmierć? Tak, cudownie jest zginąć przez rozszarpanie, spalenie czy wbicie noża w plecy, wspaniale.- Igrzyska od strony areny, nie telewizora są podobno świetne! Oczywiście dla zwycięzców! - Trajkotała jak najęta. Niech chociaż pomyśli co powie, bo brzmiało to jak nie udane pocieszenie.
-Och! Ale przed możliwością zwycięstwa czekają was najrozmaitsze rozkosze! Wspaniałe jedzenie, masaże, własna pełna wspaniałych ubrań garderoba, prysznice z różnymi przyciskami! Och! Wy pewnie macie prysznice! Głupia ja! - Tak. Bardzo głupia. - Macie prysznice? Prawda, że macie? - Pytała piskliwym i podekscytowanym głosem, jakby to była NAJWAŻNIEJSZA odpowiedź świata.  
-Nie. - Odezwałam się pierwsza.
-Co-nie? Jakie nie? - Spytała, jakby zapomniała, co przed chwilą mówiła. 
-No... odpowiedziałam na pani pytanie. Zapomniała pani?
-Och, co? Nie. Przepraszam jestem podekscytowana. I nie mówcie do mnie pani. Jestem Polly.
I podała nam rękę. Andrew odezwał się pierwszy raz od wylosowania.
-Ja jestem Andrew, ale możesz mi mówić Drew. - Powiedział, jakby robił jej łaskę. Po za tym jego głos był bardzo męski. No nie! Leigh! Przestań o nim myśleć w taki sposób!
-A ty Młoda Damo? Jak się nazywasz? - Zapytała Kapitolinka.
-Leigh. Leigh Jonson.
-Och! Jak ślicznie!
Wydaje mi się, że nadużywa słowa "Och".
Kelnerzy jakby w kagańcach przynieśli nam posiłek. Zaczęłam jeść. Poczułam, że pociąg przyspieszył.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział Drugi cz.1.

Wszystkie oczy zostały zwrócone na mnie. Kłamałam. Boję się. Nienawiść do Kapitolu przerodził się w strach przed nim. Widzę swoją twarz na wielkim ekranie. Nie miałam zamiaru okazywać strachu, ale widzę go na sobie. Na moich trzęsących się dłoniach, uginających nogach, których czucie prawie straciłam. Są jak z waty. Moja twarz również okazuje emocje. Zbyt wiele emocji. Boję się. Boję się tego, że się rozpłaczę na oczach wszystkich. Boję się wyśmiania. Boję się odrzucenia. Boję się braku wsparcia. Boję się... Kapitolinka zachęca mnie do wejścia na scenę. Czy ją kompletnie pogięło?! Tak, kochana. Jasne, że pójdę na śmierć. Pójdę w twoje okropne łapy, pójdę w szpony Kapitolu. Ale nie mam wyboru. Jeśli sama nie pójdę to Strażnicy Pokoju zaciągną mnie siłą, a wtedy moje obawy i lęki się spełnią. Będą mnie wyśmiewać. Będą... Nie, nie, nie. Idę zdecydowanym krokiem na scenę. Patrzę na ekran. Dalej widnieje na nim moja postać. Widać zmianę. Nie wyglądam na rozmazaną czterolatkę, której zabrano lizaka. Wyglądam jak ja. Pewna siebie ja. Dam im wszystkim do zrozumienia moją jedną myśl, która ciągle krąży mi po głowie. Zemsta. Jestem na scenie. Zaraz wylosują drugiego trybuta. Nie obchodzi mnie kim on będzie. Ale... czy aby na pewno? Sztuczny głos opiekunki Czwórki wyczytał z karteczki: Andrew Berillo. Hmm... nie kojarzę go... Przecież to osiemnastolatek. Jak ja bym mogła go niby kojarzyć? Wchodzi na scenę nie oglądając się za siebie. Ale nie... ja go znam. Na pewno go znam. Nie wiem skąd... Andrew. 
Z przemyśleń wyrywa mnie głos Polly, która każe nam podać sobie dłonie na znak pojednania, czy czegoś tam. Jest silny. Brzydki też nie jest. Andrew... No tak, przecież dziewczyny ciągle o nim rozmawiają w szkole. Ale zaraz, zaraz. Czy ja się w nim przypadkiem nie zauroczyłam? Wpadłam. Nie, nie mogę! Przecież to właśnie on może mnie zabić. A to jest najgorsze. Zostać zabitym przez osobę, którą się kocha. Nic nie poradzę. On jest po prostu najprzystojniejszym facetem jakiegokolwiek widziałam. Nie! Muszę przestać o nim myśleć. Dwunastolatka z chłopakiem o sześć lat starszym? Hmm... dziwne. Postanawiam zastosować moje zlecenia i przestaję o nim myśleć. Strażnicy prowadzą nas- to jest mnie do osobnego pokoju i Berill'ego do innego- do pokoju pożegnań, gdzie bliscy mogą się z nami pożegnać, gdybyśmy-co jest nieco przygnębiające-nie wrócili do domu. Jestem ciekawa kto mnie odwiedzi. Po pięciu minutach czekania drzwi się otwierają. Widzę w nich May Burnner. Po co ona tu przylazła? Żeby mnie dobić? Tak, na sto procent. Jednak jakie jest moje zdziwienie, gdy z jej ust padają słowa:
-Powodzenia. I niech los zawsze Ci sprzyja.
Po wypowiedzeniu tego pocieszającego, a za razem dziwnego i krótkiego przemówienia wychodzi. To na prawdę było dziwne, nawet jak na nią. Gdyby się tak zastanowić, Kapitolińczycy mogliby coś takiego wymyślić. Ta to by się tam do nich nadawała.

                                              ***

Oto i krótki drugi rozdział, którego kontynuacja prawdopodobnie ukaże się jutro lub po jutrze (: Dziękuję wszystkim, którzy czytają moje wypociny i jeszcze raz proszę o komentarze, żebym miała jakąś tam motywację ^^
Jeszcze raz dziękuję wszystkim (:

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział Pierwszy

    Gdy się budzę, jest jeszcze ciemno. Spoglądam na mój stary zegar ścienny i widzę, że wskazuje godzinę piątą. Kładę się z powrotem do łóżka. Leżę około dwudziestu minut i wiem, że nie zasnę. No tak. Dzisiaj przecież Dożynki. Nie mogę uwierzyć, że ten koszmar trwa już trzynaście lat. Podobno Mroczne Dni były jeszcze gorsze. Urodziłam się rok po nich. Szczęście w nieszczęściu. Teraz mam 12 lat. To będą moje pierwsze Igrzyska. Szczerze mówiąc, to się nie boję. Mam to wszystko gdzieś. Jak mnie wylosują - trudno. Jeśli zginę - przynajmniej poznam moich rodziców. Mama zmarła zaraz po moim urodzeniu. A Tata? Miesiąc temu. Chorował. Nie wiem jakim cudem, ale przy kontroli rodzinnej Strażnik Pokoju przy nazwisku mojego Ojca wpisał: ciężko chory. Dlatego nie trafiłam do Domu Komunalnego. Do tej pory to Ojciec mnie wyżywiał, chociaż ja też mu w tym pomagałam. Kiedy on łowił ryby- Bo taki miał przydzielony sektor w swojej pracy- ja szukałam jedzenia. Liście, jagody, maliny, poziomki, jadalne rośliny - tego wszystkiego szukałam, aby nasze pożywienie było smaczniejsze. Ale teraz potrzebuję jeszcze mięsa. Na Czarnym Rynku wymieniam owoce na mięso, ale nie umiem go zdobyć. Tego się muszę nauczyć. Ale jak? W sumie to bardziej gdzie... Nie ważne. Ponownie spojrzałam na zegar i zdziwiłam się. Myślałam co będzie przez równe czterdzieści minut. Jestem zła na siebie. Chcę żyć teraźniejszością. Skupić się na niej, nie na przyszłości. Jest godzina szósta. Zaczyna robić się jasno. Postanawiam zacząć przygotowania na Dożynki. W końcu trzeba jakoś wyglądać, jakby mnie wylosowali... Ech, znowu ta debilna przyszłość! Trzeba się przygotować! Leigh do jasnej... Leigh uspokój się! -Wydaję sobie rozkazy. Hmm... czy aby na pewno nie jestem chora psychicznie? Haha. Na prawdę muszę się opanować.-Zacznijmy od ubrania. Otwieram moją zniszczoną szafę i patrzę na ubrania. Na moje łachmany. Mam tylko piżamę, dwa stroje na co dzień i dwie sukienki. Jedna moja. Druga była w posiadaniu mamy przed jej śmiercią. Chyba będzie na mnie dobra. Jak na swój wiek jestem bardzo wysoka. Co do sukienki - jest piękna. Jej błękitny kolor jest taki czysty... Jeszcze nigdy jej nie włożyłam.  Trochę dla mnie szeroka, ale do kompletu mam biały pasek. Może to nawet nie pasek. To biała wstęga. Obwiązuję się nią. Wtedy suknia wydaje się być stworzona dla mnie. Co z moimi włosami? Nie, nie będę ich myła. Zrobiłam to już wczoraj. Moje blond włosy trochę wystają za ramiona, więc udaje mi się związać je w krótką kitkę. O jejku! Jest już godzina ósma, a w południe mamy być przed Pałacem Sprawiedliwości! Co ja tak długo robiłam? Czemu... No nie! Znowu zaczynam histeryzować! 
Leigh, zjedz coś. - Mówię na głos sama do siebie.
Postanawiam więc zrobić sobie kanapkę z dżemem malinowym. Dobrze, że wczoraj wymieniłam jagody i poziomki na chleb. Z malin zrobiłam dżem i oto moje śniadanie. Z jedzeniem nie spieszę się. Zjadam dwie kromki i sprzątam po sobie. Stwierdzam, że mogę już się wybrać na Dożynki, więc wychodzę z domu i spacerkiem udaję się pod Pałac Sprawiedliwości. Dziwię się, gdyż już sporo osób tutaj dotarło. Czekam kilkanaście minut i na scenie zaczynają pojawiać się osoby. Najpierw wchodzi burmistrz Czwórki - pan Anderson. Zaraz po nim z udawanym entuzjazmem skacze - bo inaczej się tego nazwać nie da - na scenę opiekunka naszego Dystryktu. Nazywa się Polly Pox. Jest ubrana w jaskrawą sukienkę do kolan koloru żółtego. Na rękach ma rękawiczki tego samego koloru co sukienka. Włosy są różowe. Związane w koka nie przypominają takiej zwykłej fryzury. Kok związany jest - można by powiedzieć na samym czole. Jej skóra po zabiegach przybrała kolor niebieskawy. Nie dość, że idiotycznie się ubierają, to imiona i nazwiska są debilne. Ech... Nienawidzę Kapitolu, jego mieszkańców i wszystkiego co jest z nim związane! Mam ochotę to wykrzyczeć, ale w porę się opamiętuję i trzymam język za zębami. Nie zauważam nawet, kiedy zajął miejsce Mentor Czwórki i Główny Strażnik Pokoju. Anderson podchodzi do mikrofonu i zaczyna wygłaszać mowę o Traktacie... bla, bla, bla. Widzę, że większość osób tego nie słucha, a przynajmniej ja. Nagle słyszę piskliwy głosik i wiem, że przemowa się skończyła. Teraz czas wybrać Trybutów. Polly podchodzi do szklanej kuli, w której wypisane są wszystkie dziewczyny w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Moje imię i nazwisko jest na ośmiu kartkach. Pobierałam astragale. W zamian dostawałam rzeczy potrzebne do życia, a oni dokładali dodatkową kartkę do kuli. Pox zaczyna losować. Wyciąga karteczkę i ją rozwija. Następnie ponownie podchodzi do mikrofonu i odczytuje nazwisko wylosowanego pechowca:
Leigh Jonson.
To ja jestem tym pechowcem.
                                                                                                                                                              
                                          ***

Mam nadzieję, że pierwszy rozdział się spodoba (:
Czekam na opinie, krytykę, pozytywne komentarze - na wszystko :D

środa, 13 sierpnia 2014

Hej (:

Witam was, wzięła mnie chęć do napisania bloga Fan-Fiction więc oto jestem :D
Blog będzie pisany na podstawie Trylogii Suzanne Collins - Igrzyska Śmierci (:
Więc zapraszam (: