czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział trzeci

Przypominam sobie słowa matki Andrew'a. 
"On chce wygrać, ale musisz go powstrzymać. Jeśli przyjdzie co do czego-nawet go zabij."
Co jest w nim takiego, żeby trzeba było go zabijać? A nawet jeśli, to jak taka dwunastolatka jak ja może zabić TAKIEGO chłopaka?! To było dziwne, ale pewnie miała jakiś powód. W tym momencie wchodzi "człowiek w kagańcu", tak jak ich nazwałam. Wraz z nim wjeżdża ogromny wózek z ogromną ilością jedzenia. Tak właściwie to się powinnam zastanowić czy to w ogóle jest jedzenie. Pox coś tam mówiła, ale żeby aż tyle? Z tego wszystkiego rozpoznaję  tylko budynie, mięso i prawie wszystkie zupy. Postanawiam siedzieć cicho, więc jak tylko "kagańce" wyłożyli posiłek na stół, nałożyłam jak najwięcej wszystkiego w malutkiej ilości. Podczas konsumowania zupy-krem z serków topionych i pieczarek Polly powiedziała nam sporo ciekawostek-między innymi jak nazywa się ta zupa. Dowiedzieliśmy się, że osoby 'w kagańcach' to są Awoksi. Opowiadała, że każdy Awoks sam zgłosił się, żeby służyć osobom jadącym na Igrzyska, a te 'kagańce' podobno pomagają im przed złamaniem jakiegoś kolejnego przyrzeczenia na temat ślubów milczenia. Mam dziwne przeczucie, że to jedne wielkie kłamstwo. 
-Kochani, dojedziemy do Kapitolu jeszcze dzisiaj wieczorem. Och, jakie to cudne miejsce!
I zaczęła nawijać i nawijać i nawijać. Gadała jakby jej za to płacili. W sumie to kto wie czy tak nie jest, Kapitol to miejsce, gdzie wszystkiego można się spodziewać. Zaraz po posiłku idę do swojego przedziału. Czuję się tak bardzo przepełniona chyba drugi raz w życiu. Za pierwszym razem przejadłam się, kiedy marzyłam o urodzinach, na których będzie jak w jedynej mojej bajce. Był tam ogromny stół zastawiony jedzeniem, mnóstwo gości i świetna zabawa. Tata pragnął spełnić moje marzenie, więc podjął się wyzwania. Przemycił dużo rybi poszedł ze mną do pobliskiego, maleńkiego lasku, w którym zbieraliśmy owoce i wszystko co jadalne. Tato zajął się szykowaniem potraw, a ja zaprosiłam gości, czyli moich przyjaciół ze szkoły. Potrawy, chociaż nie wyglądały jak na jednym z obrazków były przepyszne i chociaż zaproszonych osób było siedem, był to najlepszy dzień w moim życiu. Teraz, kiedy najadam się drugi raz do pełna, szykuje się zupełnie odwrotnie.                                                                           
                                                 ***

Po wzięciu magicznego prysznica z miliardami magicznych guzików otwieram szafę. To znaczy próbuję ją otworzyć. Nie otwiera się tak jak normalna szafa. Hmm... A może by tak przesunąć ten zielony znaczek... Jest! Albo i nie, włączył się jakiś alarm. No nie, oni mnie znienawidzą już na samym początku. Nagle do mojego przedziału wbiega Andrew. Co on ty robi? Jeszcze tego brakowało, żeby podpaść osiemnastolatkowi, który może mnie zabić. Mhm. Spodziewałam się krzyku, ale to co usłyszałam zdziwiło mnie.
-Nic Ci się nie stało kochana?
Kochana?! Za kogo on się niby uważa?! Mimo woli odpowiadam:
-Wszystko okej...
I w tym momencie uświadamiam sobie że nie umiałam otworzyć szafy. Świetnie.
-Słuchaj, bo ja chciałem Ci tylko powiedzieć, że...
I nie kończy zdania bo do przedziału wchodzą z lekkim zdenerwowaniem Polly Pox i jakiś facet. Kto to jest? 
-Ooo, pan Sasthinger, dawno się nie widzieliśmy - powiedział Andrew, a w odpowiedzi usłyszał głupkowaty śmiech, jakby było to coś śmiesznego. Przynajmniej wiem, że ten człowiek to nasz mentor. W porę się zoriontowałaś, Leigh - karcę samą siebie w myślach. Alarm ustał już chwilę temu. 
-Co się stało gołąbki? - Zapytał Sasthinger.
Kolejny "słodki" idiota. Ehh... Tak czy tak, odpowiadam, że nic się nie stało.
-No to dobrze, opowiem wam jak wygrałem moje igrzyska. Może wam się to przyda.
Straszny z niegi snob.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz