niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział Pierwszy

    Gdy się budzę, jest jeszcze ciemno. Spoglądam na mój stary zegar ścienny i widzę, że wskazuje godzinę piątą. Kładę się z powrotem do łóżka. Leżę około dwudziestu minut i wiem, że nie zasnę. No tak. Dzisiaj przecież Dożynki. Nie mogę uwierzyć, że ten koszmar trwa już trzynaście lat. Podobno Mroczne Dni były jeszcze gorsze. Urodziłam się rok po nich. Szczęście w nieszczęściu. Teraz mam 12 lat. To będą moje pierwsze Igrzyska. Szczerze mówiąc, to się nie boję. Mam to wszystko gdzieś. Jak mnie wylosują - trudno. Jeśli zginę - przynajmniej poznam moich rodziców. Mama zmarła zaraz po moim urodzeniu. A Tata? Miesiąc temu. Chorował. Nie wiem jakim cudem, ale przy kontroli rodzinnej Strażnik Pokoju przy nazwisku mojego Ojca wpisał: ciężko chory. Dlatego nie trafiłam do Domu Komunalnego. Do tej pory to Ojciec mnie wyżywiał, chociaż ja też mu w tym pomagałam. Kiedy on łowił ryby- Bo taki miał przydzielony sektor w swojej pracy- ja szukałam jedzenia. Liście, jagody, maliny, poziomki, jadalne rośliny - tego wszystkiego szukałam, aby nasze pożywienie było smaczniejsze. Ale teraz potrzebuję jeszcze mięsa. Na Czarnym Rynku wymieniam owoce na mięso, ale nie umiem go zdobyć. Tego się muszę nauczyć. Ale jak? W sumie to bardziej gdzie... Nie ważne. Ponownie spojrzałam na zegar i zdziwiłam się. Myślałam co będzie przez równe czterdzieści minut. Jestem zła na siebie. Chcę żyć teraźniejszością. Skupić się na niej, nie na przyszłości. Jest godzina szósta. Zaczyna robić się jasno. Postanawiam zacząć przygotowania na Dożynki. W końcu trzeba jakoś wyglądać, jakby mnie wylosowali... Ech, znowu ta debilna przyszłość! Trzeba się przygotować! Leigh do jasnej... Leigh uspokój się! -Wydaję sobie rozkazy. Hmm... czy aby na pewno nie jestem chora psychicznie? Haha. Na prawdę muszę się opanować.-Zacznijmy od ubrania. Otwieram moją zniszczoną szafę i patrzę na ubrania. Na moje łachmany. Mam tylko piżamę, dwa stroje na co dzień i dwie sukienki. Jedna moja. Druga była w posiadaniu mamy przed jej śmiercią. Chyba będzie na mnie dobra. Jak na swój wiek jestem bardzo wysoka. Co do sukienki - jest piękna. Jej błękitny kolor jest taki czysty... Jeszcze nigdy jej nie włożyłam.  Trochę dla mnie szeroka, ale do kompletu mam biały pasek. Może to nawet nie pasek. To biała wstęga. Obwiązuję się nią. Wtedy suknia wydaje się być stworzona dla mnie. Co z moimi włosami? Nie, nie będę ich myła. Zrobiłam to już wczoraj. Moje blond włosy trochę wystają za ramiona, więc udaje mi się związać je w krótką kitkę. O jejku! Jest już godzina ósma, a w południe mamy być przed Pałacem Sprawiedliwości! Co ja tak długo robiłam? Czemu... No nie! Znowu zaczynam histeryzować! 
Leigh, zjedz coś. - Mówię na głos sama do siebie.
Postanawiam więc zrobić sobie kanapkę z dżemem malinowym. Dobrze, że wczoraj wymieniłam jagody i poziomki na chleb. Z malin zrobiłam dżem i oto moje śniadanie. Z jedzeniem nie spieszę się. Zjadam dwie kromki i sprzątam po sobie. Stwierdzam, że mogę już się wybrać na Dożynki, więc wychodzę z domu i spacerkiem udaję się pod Pałac Sprawiedliwości. Dziwię się, gdyż już sporo osób tutaj dotarło. Czekam kilkanaście minut i na scenie zaczynają pojawiać się osoby. Najpierw wchodzi burmistrz Czwórki - pan Anderson. Zaraz po nim z udawanym entuzjazmem skacze - bo inaczej się tego nazwać nie da - na scenę opiekunka naszego Dystryktu. Nazywa się Polly Pox. Jest ubrana w jaskrawą sukienkę do kolan koloru żółtego. Na rękach ma rękawiczki tego samego koloru co sukienka. Włosy są różowe. Związane w koka nie przypominają takiej zwykłej fryzury. Kok związany jest - można by powiedzieć na samym czole. Jej skóra po zabiegach przybrała kolor niebieskawy. Nie dość, że idiotycznie się ubierają, to imiona i nazwiska są debilne. Ech... Nienawidzę Kapitolu, jego mieszkańców i wszystkiego co jest z nim związane! Mam ochotę to wykrzyczeć, ale w porę się opamiętuję i trzymam język za zębami. Nie zauważam nawet, kiedy zajął miejsce Mentor Czwórki i Główny Strażnik Pokoju. Anderson podchodzi do mikrofonu i zaczyna wygłaszać mowę o Traktacie... bla, bla, bla. Widzę, że większość osób tego nie słucha, a przynajmniej ja. Nagle słyszę piskliwy głosik i wiem, że przemowa się skończyła. Teraz czas wybrać Trybutów. Polly podchodzi do szklanej kuli, w której wypisane są wszystkie dziewczyny w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Moje imię i nazwisko jest na ośmiu kartkach. Pobierałam astragale. W zamian dostawałam rzeczy potrzebne do życia, a oni dokładali dodatkową kartkę do kuli. Pox zaczyna losować. Wyciąga karteczkę i ją rozwija. Następnie ponownie podchodzi do mikrofonu i odczytuje nazwisko wylosowanego pechowca:
Leigh Jonson.
To ja jestem tym pechowcem.
                                                                                                                                                              
                                          ***

Mam nadzieję, że pierwszy rozdział się spodoba (:
Czekam na opinie, krytykę, pozytywne komentarze - na wszystko :D

1 komentarz: